konferencja 14-15 IV 2007 Warszawa

Ireneusz Haczewski

 

 

Wstęp do historii

podziemnego „Radia Solidarność" na Lubelszczyźnie.

Fenomen skutecznej konspiracji i działania,

w warunkach środowiska typowo robotniczego.

Radio podziemne a ożywienie form społecznego protestu.

 

 

 

KONFERENCJA „XXV-LECIE PODZIEMNEGO RADIA SOLIDARNOŚĆ”

POD PATRONATEM PREZYDENTA RZECZPOSPOLITEJ POLSKIEJ

PANA LECHA KACZYŃSKIEGO

 

Warszawa, dnia 14-15 kwietnia 2007

 








Radio Solidarność działało w wyjątkowo głębokiej konspiracji. Tak być musiało i od tego zależał jego sukces a nawet istnienie. Dlatego nie dziwi, że tak mało wiemy dziś o jego strukturach i organizacji. Nie dziwi też, że w wolnej Ojczyźnie chcielibyśmy wreszcie odsłonić te „białe plamy” na mapie naszej historii najnowszej, odsłonić heroiczne działania tej garstki ludzi, którym tak wielu, tak wiele zawdzięcza. Chcemy po prostu przekazać tę pasjonującą opowieść.

Obserwujemy też równocześnie i pewien rodzaj rywalizacji, zdrowej rywalizacji, moim zdaniem. Głównie dotyczy ona momentu rozpoczęcia skutecznej działalności w eterze.

Za pierwsze przyjęło się uważać radio warszawskie, stąd zresztą dzisiejsza, okrągła, dwudziesta piąta rocznica. Było już wtedy najlepiej nagłośnione medialnie, poprzez RWE i niezależną prasę, było związane ze znanymi, wyjątkowymi osobistościami. Mam tu na myśli oczywiście głównie państwa Romaszewskich, ale przecież nie tylko.

Z zaskoczeniem więc przyjęto wiadomość, że np. koledzy z Wrocławia nie czekali z emisją na niesławnej pamięci przemówienie generała w czarnych okularach i nadali pierwsze audycje grubo przed stanem wojennym. A może ktoś jeszcze wcześniej?

 

Tak, pogodzę tu wszystkich Państwa - pierwsze konspiracyjne audycje podziemnego radia nadane zostały w Lublinie, już w roku 1957 i były nadawane na falach średnich (fal ultrakrótkich jeszcze wtedy nie używano), z zasięgiem 25 km., codziennie, przez ponad 3 miesiące, zanim zaskoczona bezpieka „zgarnęła” mnie, wprost ze szkoły, na kilkumiesięczne przesłuchania, zakończone głośnym wtedy procesem sądowym.

Więc czy to ważne, kto był pierwszy, ćwierć wieku po tamtym, odosobnionym wówczas wydarzeniu?

 

Fenomenem stanu wojennego było, że wielu ludzi, na terenie całego kraju, obmyślało różne sposoby, by prowadzić jakoś jednak tę nierówną walkę z generalskim reżimem. I każdy starał się być w tej walce przydatny, na miarę swoich możliwości, wyobraźni, inteligencji i wiedzy. Z różnych form walki, najwięcej chyba talentów trzeba było dla stworzenia radia. I znaleźli się ludzie, którzy potrafili temu zadaniu sprostać.

Powstały liczne w kraju ośrodki. Ich szczególną cechą było, że działały w izolacji i osamotnieniu. To oczywista cena za konieczność rygorystycznego stosowania narzuconych sobie reguł głębokiej konspiracji.

Dlatego nie jest tak ważne, kto był pierwszy, bo i tak każdy prawie ośrodek walczył samotnie, mogąc liczyć wyłącznie na siebie. Sam tworzył sprzęt, zdobywał doświadczenie, uczył się na własnych błędach. Chyba każdy budował to radio od podstaw.

 

Mnie przypadło w udziale tworzenie sieci - „Radio Solidarność Lubelszczyzna”. Było mi może trochę trudniej, bo w sprawach technicznych mogłem bazować jedynie na swoim osobistym doświadczeniu. Stanowiłem jednoosobowy zespół konstruktorsko-techniczny dla całego regionu, dla dużej sieci radiowej, obejmującej cztery mocne przemysłowe ośrodki, czyli: „Radio Solidarność Świdnik”, „Radio Solidarność Ziemi Puławskiej”, „Radio Solidarność Ziemi Lubartowskiej”, „Radio Solidarność Poniatowa”.

To było nieprawdopodobne wyzwanie. Było mi też jednak, pod innym względem, dużo łatwiej. Poznałem bowiem niesamowitych ludzi. Ludzi z pozoru prostych – grupę robotników, na codzień pracujących fizycznie. Jednak to właśnie oni, w konkretnych realiach walki, okazali się niezrównani. To o tej mojej grupie pisał z nieukrywanym przerażeniem, ale przecież i z podziwem, w raporcie do MSW, ppłk SB Janusz Gębala:

 

/-/ stanowi grupę zdecydowanych i zacietrzewionych przeciwników ustroju i naszego aparatu, która pomimo różnych represji z naszej strony nie zaprzestała swej działalności – a kierują nią osoby o wysokim poziomie intelektualnym i emocjonalnie zaangażowane w działalność „S”;

- nie posiadamy źródeł informacji tkwiących bezpośrednio w omawianej strukturze;

- w aktualnych uwarunkowaniach Świdnika działalność radia „S” stwarza istotne zagrożenie;

/-/ Grupa organizatorów radiostacji jest mocno zakonspirowana, prowadzi kontrolę swojej działalności i stosuje szczególne kryteria doboru pojedynczych osób do swej działalności.”

/-/ W toku prowadzenia sprawy zorganizowano ogółem 126 zasadzek i penetracji terenu angażując w te działania ponad 350 osób…” [ Sygn. IPN Lu-020/847, tom VII karta 61-76, dnia 30-12-1985 ]

 

A był to dopiero początek tej wojny, rok 1985. Przed pułkownikiem Gębalą były jeszcze ponad 3 lata ustawicznie przegrywanej walki.

 

Widząc, że mam do współpracy ludzi absolutnie pewnych i bezgranicznie oddanych sprawie, a także mając świadomość, że środowisko przemysłowego, niewielkiego miasta, jest dość specyficzne, zdecydowałem się po ich przeszkoleniu i po pierwszej udanej audycji, przekazać całkowicie w ich ręce, wykonany przeze mnie sprzęt. Odtąd to oni sami pisali teksty, nagrywali je, montowali muzykę, rozkładali sprzęt w terenie i emitowali stworzoną przez siebie audycję. Pozostawiłem sobie już „tylko” konserwację sprzętu i zdalną, dyskretną koordynację, z odległego o 12 km Lublina. To znacząco zwiększyło poziom bezpieczeństwa tego radia.

 

Specyfika fabrycznego miasta Świdnik polegała na tym, że całe, blisko czterdziestotysięczne miasto, znało się przynajmniej z widzenia, chodziło codziennie do tej samej pracy, przez tę samą bramę fabryczną a w niedzielę do jednego kościoła. A od tej pory, sami dla siebie, nadawali także te audycje.

Ta społeczność, z każdą emisją podziemnego radia, scalała się w potężny monolit i to właśnie w czasach, gdy sukces władzy oparty był na zatominizowaniu społeczeństwa, na wykazaniu, że każdy z nas jest sam wobec wszechpotężnej władzy a jako jednostka, jest przecież zerem – według znanej, bolszewickiej teorii.

I dlatego właśnie świdnicki sukces Radia Solidarność był aż tak wielki. Nadając dla samych siebie, przekazywali najcelniej wiadomości, które były dla nich ważne.

Każda audycja umacniała ich. Każda też była szeroko komentowana w fabryce, autobusie i nawet szeptem w kościele. Całe miasto żyło od audycji do audycji. To one nadawały nareszcie codziennej monotonii życia jakiś sens.

Podczas gdy w innych regionach najważniejsze było samo uruchomienie niezależnej emisji radiowej, choćby na te kilkanaście sekund, zanim włączy się zagłuszaczka, to w Świdniku właśnie te proste, komunikatywne teksty, miały znaczenie ogromne.

Społeczność podporządkowywała się z zapałem wszystkim apelom, ogłoszonym przez radio, bo to było ich własne radio. Utożsamiali się z nim. A było tych apeli wiele: o udział w codziennych spacerach w porze nadawania dziennika telewizyjnego, o wywieszanie flag w dniu 3 maja, o powszechny bojkot wyborów do Rad Narodowych. Były też zaproszenia na wspólne pielgrzymki do Częstochowy i wiele podobnych.

Gdy radio apelowało o pozostanie w domach, ulice wyludniały się automatycznie, gdy zapowiadało demonstracje, tylko nieliczni pozostawali w domu. To było po prostu jaskrawo widoczne.

 

Służba bezpieczeństwa z przerażeniem obserwowała to zjawisko. Potwierdzają to, zachowane do dziś w IPN, akta bezpieki. SB uruchomiła więc wszelkie możliwe siły, by radio uciszyć. To właśnie dlatego skierowano tam tak liczne, wyspecjalizowane kadry z Radiokontrwywiadu MSW. Całkowicie bez rezultatu.

Opis tej zajadłej, rozpaczliwej wręcz walki SB z lubelską siecią radiową, zachował się do dzisiaj w IPN. Opasłe tomy zawierają 2000 kart, zapełnionych raportami wysokich oficerów bezpieki. Raportami tym bardziej tajnymi, że zawierały bezradność.

 

Prawie od samego początku, opracowując strategię działania sieci, wymyśliłem sposób wstrojenia nadajników na kanał fonii lokalnej telewizji. Pomysł wydał mi się od razu tak obiecujący, że natychmiast dokonałem szeregu stosownych obliczeń, potem prób. Próby wypadły rewelacyjnie a ta metoda była od tej pory naszą wizytówką.

 

Nadajnik tak ustawiony nie dawał się łatwo zlokalizować, nie można go też było zakłócić zagłuszaczką a ponadto -co bardzo ważne- był słyszany przez wszystkich, bez konieczności wcześniejszego ogłaszania terminu emisji. Efekt akustyczny „wejścia” na kanał fonii był stuprocentowy i nie pozostawiał nawet cienia oryginalnego dźwięku. Zasięg był skuteczny na obszarze zupełnie wystarczającym. W Świdniku wynosił on kilka kilometrów a w innych ośrodkach naszej sieci, nawet znacznie więcej.

Odtąd już cała nasza sieć nadawała wyłącznie tą metodą. Audycje mogły być dłuższe, treściwsze, żadna nie była nigdy zakłócona a sprzęt nigdy nie został zlokalizowany podczas emisji.

 

W sumie w Świdniku, poczynając od dnia 29-04-1983, nadano 43 audycje. Radio pracowało przez 5 lat i 4 miesiące. Większość audycji nadano przy pomocy tego samego nadajnika. Nigdy funkcjonariuszom SB i Radiokontrwywiadu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (specjalnie tam skierowanym - wraz ze specjalistycznym sprzętem), nie udało się skutecznie namierzyć lokalizacji nadajnika. To był naprawdę olbrzymi sukces.

Oczywiście kluczowe było perfekcyjne przygotowanie sprzętu, co ciekawsze -wykonywane przy pomocy samodzielnie zaprojektowanych i skonstruowanych specjalistycznych przyrządów pomiarowych. Bez tego wcale nie byłoby radia a tym bardziej skutecznego wejścia na kanał potężnej, państwowej telewizji. Czułem się więc potrzebny, niezbędny dla prowadzenia tej działalności. Sam sprzęt jednak też nie nadałby audycji i dlatego podziwiałem i nadal podziwiam tych kilku ludzi – robotników Świdnika.

Chichot historii polegał też na tym, że oto autentyczna „klasa robotnicza”, w najbardziej typowym robotniczym mieście, wybudowanym celowo jako przeciwwaga dla uniwersyteckiego Lublina, stanęła w zwartej masie przeciwko władzy, z nazwy tylko „robotniczej”. W dodatku stanęła skutecznie.

 

W składzie zespołu „Radio Solidarność Świdnik” działali przede wszystkim: Henryk Gontarz, Franciszek Zawada, Leszek Fijołek, Maria Mańko, Bogumiła Górka, Alfred Bondos, „Jagoda”, Bolesław i Waldemar Karczmarczyk, Andrzej Niewczas, Mirosław Sola. To im głównie bohaterski Świdnik zawdzięcza to radio i trwające latami poczucie zwycięstwa.

Ja pracowałem dla Świdnika, ale i dla całej sieci regionalnej. Ze Świdnikiem jednak byłem związany najściślej. Tu testowałem każdy nowy sprzęt i tu wdrażałem swoje coraz nowsze pomysły.

Dużo pracy, własnych pomysłów, ale też i ryzyka włożyła w to radio moja żona, Barbara Haczewska.

 

Drugim, bardzo skutecznym ośrodkiem Radia Solidarność na Lubelszczyźnie były Puławy. To oczywiście też było miasto bardzo ważne strategicznie na mapie przemysłowej Lubelszczyzny, ale i kraju. Dla mnie nie mniej ważne też było jego położenie na mapie zasięgów nadajników państwowej telewizji.

Puławy, skutecznie zasłonięte przez Wyżynę Lubelską od obu nadajników lubelskiej telewizji, odbierały z konieczności sygnał TV z odległego o 95 km nadajnika kieleckiego, umieszczonego na górze Święty Krzyż. Sygnał pierwszego programu docierał tu bardzo osłabiony, a nadawany był ponadto na dostępnym dla mnie kanale trzecim.

Państwowa telewizja była więc na tym terenie całkowicie bezbronna. Przygotowany przeze mnie, 62 watowy nadajnik foniczny zapewnił tam -całkowicie zgodnie z wcześniejszymi obliczeniami- rekordowy zasięg w promieniu ponad 20 km. Również dokumenty IPN potwierdzają dzisiaj te osiągi. Potwierdzają także, że skuteczne wejście na fonię prestiżowej „jedynki” obejmowało równocześnie parę miejscowości. To był olbrzymi sukces.

 

Zespół puławski także był nieliczny. W skład wchodzili przede wszystkim:

Grzegorz Wołczyk – (dziś już nieżyjący, którego poznałem dobrze w celi lubelskiego aresztu i właśnie dzięki niemu mogłem utworzyć kontakt z Puławami), Zenon Benicki – szef zespołu „Radio Solidarność Ziemi Puławskiej”, Anna i Zbigniew Zubowscy, Wacław Hennel, Jan Okoń, Alicja i Tadeusz Skiba, Elżbieta Leszczyńska.

To już nie była ekipa robotnicza, w jej skład wchodziła kadra inżynierska Puławskich Azotów.

Oczywiście i ten zespół nie mógł działać w próżni. Wielu bezimiennych dziś ludzi także przyczyniło się do sukcesu. A sukces był tym większy, że nadali ponad 30 audycji, mając do dyspozycji wciąż tylko jeden nadajnik radiowy. Nigdy nie wpadli, nie dali zlokalizować radia, pomimo tak wielkich zasięgów emisji. Ponadto jeździli także na „występy gościnne” do innych miejscowości.

Ostatnią audycję ośrodek w Puławach nadał już w chwili zwycięstwa, podczas wygranych wyborów do parlamentu. To było wtedy dla mnie bardzo ważne, bo Świdnik już właśnie zakończył działalność. Jestem za to puławskiej ekipie bardzo wdzięczny.

 

Poniatowa i Lubartów, znane na Lubelszczyźnie ośrodki przemysłowe, też nadawały własne audycje w ramach sieci. Nie dysponowały jednak własnym sprzętem, bo nie mogłem im go zapewnić. Nie otrzymując prawie żadnej pomocy ze strony tymczasowych władz podziemnej Solidarności, musiałem się opierać wyłącznie na swoich własnych możliwościach technicznych i finansowych. To smutna karta tej historii, lecz nie pora tu na to, by przeprowadzić szerszą analizę. Musimy jednak oczywiście kiedyś i to dopowiedzieć do końca.

 

W tej sytuacji Poniatowa wypożyczała sprzęt z Puław a Lubartów ze Świdnika. Koledzy świetnie radzili sobie organizacyjnie, a chęć nadawania własnych audycji na swoim terenie rekompensowała stres, związany z olbrzymim ryzykiem przemieszczania sprzętu nadawczego na tak duże odległości.

Służby specjalne komunistycznego reżimu były dezorientowane, gdy w niewielkim odstępie czasu ten sam nadajnik pracował z różnych zupełnie lokalizacji.

Oczywiście praca ta była precyzyjnie planowana, bo ośrodki lokalne nadawać musiały na różnych (parami) częstotliwościach. Były przecież w zasięgu różnych nadajników telewizyjnych, pracujących na różnych kanałach a każde przestrojenie mogło się odbywać wyłącznie w moim tajnym, domowym laboratorium.

Pomimo tych trudności, cała ta rozległa sieć radiowa, całymi latami pracowała zadziwiająco sprawnie. Myślę dziś, że w warunkach pokojowych nie byłoby to chyba możliwe. Potrzebna była ta determinacja i płynąca w żyłach, wraz z krwią - adrenalina.

 

Różne środowiska, różni też ludzie. Dlaczego wszyscy oni podjęli tę walkę? Dlaczego prowadzili ją z aż taką determinacją? Kim oni tak naprawdę byli?

 

Jeszcze w lipcu 1980 roku, wyprzedzając o cały miesiąc sierpniowe strajki wybrzeża, to właśnie robotnicy Świdnika zaczęli walkę o nowy kształt Polski, zatrzymując fabrykę strajkiem okupacyjnym, pozornie z błahego powodu podwyżki ceny mielonego kotleta w zakładowej stołówce.

Pozornie, bo pytani wtedy o przyczynę, odpowiadali, że tak dłużej nie da się żyć. Żyć w zakłamaniu, obłudzie, w niewoli. A więc jednak walczyli o coś więcej, niż kotlet.

 

Gdy 13 grudnia 1981 r. W. Jaruzelski wprowadził stan wojenny, ci sami robotnicy Świdnika nie zaszyli się w domach za strachu, lecz jeszcze przed świtem, o 3:00, poszli bronić swojego zakładu pracy. Przyszli tłumnie do fabryki, by stawić czynny opór znienawidzonemu reżimowi. I nie była to jakaś marginalna garstka szaleńców, lecz zorganizowana siła ponad 4 tysięcy ludzi. Zabezpieczyli zakład, zabezpieczyli też miejsce dowodzenia dla zawiązanego równocześnie Regionalnego Komitetu Strajkowego.

To stąd kierowano całym oporem na Lubelszczyźnie w pierwszych trzech dniach stanu wojennego. Pamiętajmy, że mało kto wtedy w Polsce odważył się postawić jakikolwiek czynny opór a czołowi działacze Związku, w większości bardzo łatwo, dali się internować. Robotnicy Świdnika ustąpili dopiero po trzech dniach walki, pod silnym naporem kilkudziesięciu czołgów - a to zasadnicza różnica.

 

Nie dziwi więc fakt, że później to właśnie oni tak dobrze radzili sobie i z radiem. Mam tylko satysfakcję, że mogłem im w tym „trochę” pomóc.

 

A więc na postawione pytanie – kim oni byli?, odpowiem bez wahania:

- byli bohaterami!

 

 

 

Garść ciekawych epizodów, z czasów pracy „Radia Solidarność”, znajdziecie Państwo na stronie internetowej: http://ireneusz.haczewski.pl

 

Znajdują się tam również archiwalne audycje tego radia.

Dziękuję.